You are currently browsing the category archive for the ‘nerwica’ category.

„Cieszyłam się, że dosyć długo opierałam się przeziębieniu i wszelakim „grypopochodnym” infekcjom.
Oczywiście…do czasu :/

Więcej na:

http://marakyo.pl/

Reklamy

Ostatnio nie miałam kiedy pisać.
Ochoty również było brak.
Teraz chęci również jest niewiele.
Pewnie dlatego, że trochę się w moim życiu „ruszyło”.

  1. Już po rozprawie sądowej. O dziwo strona przeciwna w ogóle się nie pokazała, a łączny czas spędzony przeze mnie na sali sądowej to ok 5 minut łącznie.  Było trochę zabawnie. Sędzia sympatyczny. Wyrok dla mnie pomyślny. Oby zastosowanie się do wyroku przez stronę przeciwną było równie „przystępne” jak mój dzisiejszy pobyt w sądzie.
    Jestem najszczęśliwsza z faktu, że to wreszcie się skończyło, bo cała „zadyma” trwała od lutego.
  2. Wrocław woła. A konkretnie instytut dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Wyprowadzka z domu w środę, a nawet nie zaczęłam się pakować.
  3. Już po konwencie.  Moim zdaniem wyszło całkiem nieźle. Jak na imprezę lokalną z bardzo kiepską reklamą, uczestnicy dopisali 🙂
    Wiem jedno – wycinanie identyfikatorów, laminowanie ich, kolejne wycinanie i dziurkowanie nie byłoby takie sprawne gdyby nie pomoc.
    Dzięki Sivy :*

Po powrocie.

Pracownicy punktu rekrutacyjnego objawili mi się jako niezbyt przystępni i cholernie czepliwi. Ale cóż… jeśli ktoś chce podreperować swoje ego – można i tak.

Obecnie – trochę nerwów. Czekanie na wyniki, w poniedziałek rozprawa.
Dla „zabicia” myśli i czasu tworzyłam te dwa maluchy:

Jeszcze nie mają imion 😉
Może stworzę jeszcze jakieś maleństwa. O dziwo, robienie na szydełku dobrze na mnie wpływa. Mogę się wściekać, że coś mi nie wychodzi ale przynajmniej nie denerwuję się wynikami i poniedziałkową rozprawą.

Robię sobie kilka dni przerwy.

Przerwy na wyjazd do pięknego miasta Wrocław.
Oby kilka spędzonych tam dni rozładowało trochę moją nerwicę 😉

Wycieczka będzie też okazją do zrobienia kilku zdjęć. Oby tylko pogoda była ładna.

Ponoć picie „dla ukojenia nerwów” jest złe.

Co mi tam. Coraz częściej próbuje i pomaga. mimo, że na chwilę to pomaga. Potem mogę przez miesiąc nie pić w ogóle alkoholu.

Tym razem własna mieszanka „lawendowej żubrówki” pomaga. Zobaczę tylko na jak długo.

Tyle na temat dzisiejszego dnia 😛

Pomijając obóz na który pojechałam w czwartej klasie szkoły podstawowej, chyba nigdy tak bardzo nie chciałam wracać do domu.

Mam dość. Miejsca w którym jestem, będących obok mnie ludzi. Nawet nie chce mi się robić zdjęć, a to zawsze mnie uspokajało i podnosiło na duchu.

Zawsze czekałam na te wyjazdy, a teraz chcę jak najszybciej stąd wyjechać. Może dlatego, że wreszcie dostrzegam jak tu jest w rzeczywistości. Może dlatego, że wreszcie zobaczyłam jacy naprawdę są niektórzy na codzień. Trochę to smutne uświadomić to sobie po trzech latach ale ponoć lepiej późno niż wcale.

Czasami jest tak, że wszystko „zwala mi się na głowę” na raz. Ostatnie dwa tygodnie właśnie takie były.

Znowu sąd i wizyty u prawnika.
Znowu spotkania organizacyjne w sprawie konwentu.
Znowu załatwianie papierkowych pierdół.

Tym razem niestety był i wypadek. Po porannych badaniach wyszłam ze szpitala, ale po chwili do niego wróciłam. Tym razem karetką. SOR*, tomografia, RTG, znowu SOR. Dobrze, że trafiłam do szpitala, w którym pracuje moja mama. Przynajmniej było kilka znajomych osób i było do kogo usta otworzyć.

* Szpitalny Odział Ratunkowy (wiem, że dla niektórych rozwinięcie tego skrótu jest pewnie oczywiste, ale spotkałam takie osoby, które nie miały pojęcia co to)

Przez to wszystko już któryś raz musiałam odkładać termin wyjazdu. ZNOWU.

Dobrze, że chociaż rodzicom urlop się trochę udał. W tym roku pojechali nad morze i na Jarmark Dominikański sami. Mama jednak zrealizowała wszystkie moje prośby. Kupowanie herbaty w pewnej gdańskiej herbaciarni chyba stanie się naszą tradycją. Już drugi raz wizyta w tym lokalu była ważnym punktem programu „gdańskiego wypadu”. W moim mieście w wielu herbaciarniach są herbaty o takich samych nazwach, czasem o bardzo podobnym składzie ale zdecydowanie nie smakują tak dobrze jak te. Tym razem mama kupiła mi o wiele większy zapas i mam nadzieję, że wystarczy mi on do przyszłorocznego jarmarku 😉

Dziękuję wszystkim, którzy mnie odwiedzali w czasie „pilnowania” domostwa i kociej lokatorki.  Specjalne podziękowania dla pewnej osóbki z Suwałk, która pełna zrozumienia, wysłuchiwała mojego zrzędzenia.

Z odwiedzinami wiąże się też miła historia. Po chyba pięciu latach bardzo ograniczonego kontaktu, do Olsztyna przyjechała moja znajoma ze swoim mężem. Cudowna para. Ona – przemiła. On – zabawny. Miło było się spotkać po tak długim czasie.

Dopiero wczoraj udało mi się wyjechać. Teraz może trochę odetchnę. W przyszłym tygodniu powrót do Olsztyna. Tym razem jednak nie będę jechała sama.

Piwo o aromacie lawendy było jednym z najsmaczniejszych trunków jakich miałam okazję spróbować podczas oblewania obrony. Pomysł połączenia piwa i aromatu lawendy – własny. Tego smaku nie zapomnę i mam zamiar go sukcesywnie „utrwalać”. Niedługo wejdę w posiadanie „lawendowej butelki” dzięki uprzejmości właścicielki olsztyńskiego pubu Pryzmat.  Syropy barmańskie, które Pani Ala sprowadza do swojego lokalu są po prostu nieziemskie!

Po procesie świętowania znaleźliśmy się ze znajomym w na pewnym koncercie. Kompletnie tego nie planowaliśmy. Oczekiwanie na wyjście zespołu umiliło mi „podglądanie szklanym okiem” pewnej pary.

Jak stwierdził mój towarzysz Tomek – „nie ma nic cenniejszego niż uśmiech kobiety” i na jego wyraźne życzenie drugie zdjęcie znalazło się tutaj 😉

Kilka fotek z koncertu (cholera nawet nie pamiętam co to był za zespół) :

Ogólnie teraz trwam w fazie załatwiania.
Dla wytchnienia wstępuję do gmachu biblioteki wojewódzkiej na kawę i po nowe książki.
Później siedzenie na starówce i czytanie w celu „zabicia czasu” do następnego spotkania. Ot i tak biegam. Książki przerabiane obecnie:
-dalej „Krwiopijcy” Christophera Moore’a – dopiero teraz, między spotkaniami, w autobusie i wieczorami znajduję czas na czytanie.
– „Ulica Tysiąca Kwiatów” Gail Tsukiyamy. Wypożyczona dziś z „wojewódzkiej”. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron, wiem, że mnie zainteresuje.
– „Haiku” – tł. Agnieszka Żuławska-Umeda. Również wypożyczona dzisiaj ale „polowałam” na nią od dawna. Dopiero 3 dni temu została zwrócona do bibliotecznych zasobów.

Jak już wspominałam – mam nowego „podopiecznego ^^

Jeszcze nie dostał oficjalnego imienia. Rozważam jednak imię „Ambroży”. Może ktoś z was ma jakiś lepszy pomysł? Chętnie wysłucham propozycji 🙂 Jeden warunek – musi zaczynać się na literę „A”. Taki drobny „zwyczaj” nazywania storczyków.

„O czym i dlaczego”

Blog ten poświęcony jest pewnemu drzewku bonsai.

Jest też poświęcony jego właścicielce, która ze swojego punktu widzenia stara się rozpatrywać różne ludzkie zachowania i sytuacje, które przynosi nam życie.

Właścicielce, która maniakalnie fotografuje wszystko, co uznaje za godne uwiecznienia.
Według niej dobry koncert to taki, na którym większość czasu spędza na robieniu zdjęć .

Właścicielce, której rozbieżności w guście muzycznym są często przez innych wyśmiewane. Na której biurku stoi akwarium, w którym mieszka karpik koi zwany Ojcem Dyrektorem.

Słuchawszy ♫

Zdecydowanie ZA dużo radia...

Poza radiem - kompletny random

Prawa autorskie

Wszystkie teksty i zdjęcia (jeśli nie jest zaznaczone inaczej) zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa i są moją własnością. Ich powielanie oraz dokonywanie na nich jakichkolwiek innych czynności bez mojej zgody ani wiedzy jest zabronione.