Od ponad sześciu lat nie nosiłam butów na jakimkolwiek obcasie. Choćby tym najniższym. Trwała kontuzja nogi pobudzała mój mózg i realizm do rezygnowania z takowego obuwia. No bo albo święty spokój ale brak „modnych buciczków” albo obcasy a do tego piekielny ból nogi i chodzenie na baaardzo ograniczoną efektywnością (o efektowności nie wspomnę).

Dzisiaj mnie „podkusiło” do zakupu obuwia określanego przez producenta jako „półbuty”. Obcas nie jest duży, choć teraz, po analizie tego zakupu „na chłodno” dochodzę do jednego wniosku – co ja najlepszego zrobiłam!
Mam tylko nadzieję, że mój plan noszenia tych butów po domu i przyzwyczajanie się da jakieś znośne rezultaty.
Oby nie powybijać sobie zębów i nauczyć się w tym chodzić oraz żeby noga nie odmówiła posłuszeństwa.

*Wątek poboczny*

Mój Canon, niestety będzie musiał powędrować do naprawy. Dziwne zachowania mechanizmu podnoszącego migawkę przy włączaniu podglądu na żywo mnie martwią. O dziwo bez włączonego podglądu aparat zachowuje się normalnie. Sama już nie wiem co to może być.
Dobrze, że zostaje mi jeszcze moja 350 😉

Reklamy