Wizyta u znajomej w Warszawie nie była taka jak moje inne wyjazdy do tego miasta. Zwykle było tak, że jeździłam tam po to by leczyć istniejące „rany”. Zdarzało się też, że pojawiały się świeże.
Tym razem jednak nie było ran. Był uśmiech, radość, gadanie do późnych godzin nocnych i wzajemne niespodzianki 🙂

Poprosiłam A., żebyśmy pojechały na Powązki. Wiem, że pewnie brzmi to sentymentalnie i tak „mhrocznie” ale chciałam ten cmentarz zobaczyć. Nigdy wcześniej nie miałam okazji go widzieć „z bliska”. Tylko czasami przez okna autokaru ukazywały mi się zamknięte za murem krzyże i posągi aniołów.
Właśnie tym anielskim posągom poświęciłyśmy podczas spaceru najwięcej uwagi. Kunsztowne nagrobki chwilami przyciągały wzrok tak bardzo, że nie sposób było nie przystanąć i przeczytać kto spoczywa w tym miejscu.

Oto kilka z nich:

Jednak nie samymi aniołami stary Cmentarz Powązkowski stoi:

Ilość ptaków fruwających nad cmentarzem była wręcz zadziwiająca! Ich świergot rozbrzmiewał wszędzie 🙂 Kilka fruwających maluchów nawet udało mi się „złapać”:

Ogólnie wyjazd uważam za udany. Szkoda tylko, że byłam tam tak krótko. Niestety, pewne formalności nie wybierają terminów 😦
Pod koniec wizyty otrzymałam cudowny prezent od A.. Gdy tylko zobaczyłam tą malutką laleczkę kokeshi na wystawie od razu zaczęłam się „ślinić” 😉 moja towarzyszka wbrew moim wyraźnym sprzeciwom kupiła mi ją. Moje protesty „Nie! Nie pozwalam! Zapłacę sama!” okazały się nieskuteczne, mimo że słyszało je chyba całe piętro. Lalka otrzymała już miejsce honorowe na półce z mangami i innymi figurkami 🙂

Jednak i tak stwierdzam – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej 🙂

Cel następnej wizyty – odwiedzenie Wojskowego Cmentarza Powązkowskiego i zapalenie znicza na grobie Grzegorza Cichowskiego.

Advertisements