Wczoraj był bardzo dziwny dzień. Od 9:00 rano do 14:00 stres, bluzgi, nerwy i szeroko pojęta chęć dokonania mordu na wybranych osobach. Od 14:00 do 16:50 sen. Stres wykradł mi większość sił witalnych i zmusił mój organizm do pogrążenia się w sennym letargu.

Ulgę emocjonalną przyniósł wieczór. Umówiona ze znajomą do kina pojechałam na miasto. Odmóżdżające filmy jak „Seks w wielkim mieście 2” są czymś, czego czasami potrzeba. Odebrałyśmy bilety i postanowiłyśmy jakoś „konstruktywnie” wykorzystać pół godziny, które pozostało do seansu. Po dokonaniu zakupów w postaci masy żelek udałyśmy się na „łażenia po sklepach” dla zabicia nudy. Gdy przekroczyłyśmy próg działu z bielizną znowu ujawnił się mój „majtkoholizm” (pisząc to mam na myśli uzależnienie od kupowania majtek). Tak, wiem. Brzmi to z deczka dziwnie, ale nie potrafię się oprzeć kupowaniu właśnie tej części damskiej bielizny. Jeżeli na koncie jest pusto, a nie posiadam gotówki sprawa się rozwiązuje. Nie należę do stadium zaawansowanego czyli do zapożyczania się. No i oczywiście jeżeli jest odpowiedni rozmiar. W przypadku braku takowego – problem również znika.
Tym razem, na moje nieszczęście, posiadałam przy sobie trochę gotówki, a ze znalezieniem odpowiedniego rozmiaru również nie było problemu. Gdy tylko wyszłyśmy ze sklepu zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że ZNOWU kupiłam sobie KOLEJNE gacie ==
A że nie mam zwyczaju zwracać zakupionych rzeczy do sklepu, to moja „majtkowa kolekcja” powiększa się coraz bardziej.

Sam film – masakra. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Przewidywalny aż do bólu. Dobrze, że chociaż piankowe żelki odrobinę zabijały uczucie „co ja tu do cholery robię?”. Mimo ogólnie negatywnej oceny dla filmu wieczór uznaje za udany. Wypady ze znajomą potrafią czasem przynieść psychiczną ulgę.

Sprawcy całego „nałogowego” zamieszania.

Advertisements